Ostatnie notki
Big Boi i Scott Storch
27.05.2010 :: 23:46 :: Link
Zarówno Big Boi jak i Scott Storch znajdują się w świetniej formie. Dowodem jest utwór "Shutterbug". Dawno nie słyszałem tak dobrze zaaranżowanego bitu. Big Boi z kozackim flow i mamy hit. Check this out:
Elos
I żeby było normalnie.
11.04.2010 :: 21:57 :: Link
Wytwórnia Prosto? Przez ostatnie kilka lat zupełnie nie moja bajka. Coś się jednak zaczyna zmieniać tam na lepsze (czytaj przyjęcie np. HiFi Bandy albo plan wydania Pezeta z Małolatem). Jednej rzeczy PROSTO nie można zarzucić. Nie oszczędzają na klipach i przodują na tym polu w starciu z innymi polskimi rapowymi wytwórniami albo labelami.
W lutym całkiem pokaźny klip pojawił się do Puszera HiFi Bandy, a teraz...? "I żeby było normalnie". Video to prawdziwa bomba jak na polskie warunki. Całość kręcona na green screenie, z doskonale zaprojektowaną grafiką i rewelacyjnym montażem. Do tego kilku pierwszo (i drugo albo trochę niżej - sorry Felipe i Jędker) raperów, bit od Robsona i fragment refrenu zapożyczony z TPWC2. Wszystko to składa się na singiel "I żeby było normalnie". Bardzo podoba mi się zwrotka Sokoła, trochę poniżej oczekiwań natomiast Eldo i Pezet.
Zresztą co ja będę pisał, sami sobie obejrzyjcie:
Elos
Dwa nowe klipy o jaraniu.
16.03.2010 :: 14:55 :: Link
Zwolennikiem marihuany nie jestem, aczkolwiek jest to jeden z elementów kultury również hip-hopowej (nie tylko reggae). W ostatnim czasie wyszły dwa bardzo interesujące single traktujące o powyższej tematyce.
Pierwszy należy do Big Boia, w którym został wsparty przez Georga Clintona i Too Shorta, a więc żywe legendy. Bardzo podoba mi się warstwa muzyczna w utworze "Fo Yo Sorrows". Bit został skomponowany przez trio producenckie Organized Noize, w skład której wchodzi m.in. Sleepy Brown (czytaj bardzo dobry znajomy Big Boia). Podkład jest naprawdę bardzo ciekawy, całkiem prosty, ale dzięki temu nieprzekombinowany. Dodatkowo mamy tu refren wpadający w ucho. Całkiem dobra 8 od Too Shorta. Zawodzi natomiast George Clinton. Posłuchajcie jego głosu na końcu. Słychać, że facet lubi sobie zapalić.
Teledysk natomiast ok, ale nic specjalnego, w przeciwieństwie do Devina...
No właśnie Devin the Dude. Ktoż inny mógł nawinąć kolejny singiel o jaraniu? Tylko on! Pomijając już całkiem niezły kawałek, do singla został zrealizowany rewelacyjny teledysk. Polecam obejrzeć. Kawałek promuje płytę pt. "SUITE 420", której premiera już 20 Kwietnia bierzącego roku.
Elos
Koncert Małpy we wrocławskiej "Bezsenności"
12.03.2010 :: 23:31 :: Link
Przed wczoraj miałem okazję uczestniczyć w koncercie Małpy, który odbył się we Wrocławskim klubie „Bezsenność” – na co dzień nie kojarzonym z rapem.
Na miejsce przybyłem około 21:40, w nadziei, że ominę support Temate. Niestety nie udało się, ale o dziwo nie musiałem zatykać uszy. Wcześniej jednak nie miła niespodzianka spotkała mnie w szatni. Okazało się, że nie ma miejsc, więc przez cały koncert musiałem stać z kurtką w ręce. Dokładnie o 21:40 wyszedł Temate. Zagrał przekrój swojej twórczości. Nie było najgorzej. Nawet kilka bitów z jego płyt mi się podobało. Zaciekawiły mnie mocno ficzuringi na jego nowym LP – m.in. Włodi oraz Procente z Szybkiego Szmalu. Dobre wrażenie zepsuły odzywki Temata typu: przyjechałem do was prosto z roboty, przebrałem się w samochodzie… Temat skończył grać dokładnie o 22.00.
Małpa wraz z Djem Chwiałem i Jinxem pojawili się na scenie o 22.20. W tym momencie publiczność oszała. Z głośników poleciało kolejno „Intro” oraz „Miałem to rzucić”. Następnie nastąpiła drobna przerwa na interakcję z publicznością. Małpa postanowił rozgrzać (ręce, gardła i nogi) publiczności- stały element jego koncertów . Z tego powodu z głośników poleciały takie klasyki jak „Put Your Hands Up” albo „Hip Hop”. Kolejno panowie rapowali tracki z ostatniego dzieła Małpy, jednak znalazło się miejsce dla jednego starszego kawałka, którego oczywiście nie znałem - Proximite - Lamusy. W połowie koncertu nastąpiła kolejna reżyserowana akcja w postaci podziału publiczności na dwie części. Jedna należała do Jinxa (lewa), a prawa do Małpy. Chodziło oto, kto zrobi większy hałas przy granych trackach. Oczywiście Małpie DJ Chwiał serwował bardziej znane numery (dla mnie bardziej znane). Koncert zakończył się już po 40 minutach – strasznie szybko jak na koncert za 20 zł za bilet i to odbywający się w środę.
Na szczęśćie Małpa nie szczędził bisów – było ich 5, w tym raz zagrali jeden nie grany wczesniej track czyli „5 element”. Ogólnie czas występu zamknął się w mniej niż 60 minutach, co jest wg. Mnie wynikiem ledwie dostatecznym, a z tego co mówił Małpa, był to ich najdłuższy występ.
Koncert należał do udanych, ale bez specjalnych fajerwerków. Trzeba przyznać, że Małpa wkłada sporo serca w swoje koncerty i widać, że bawi się muzyką. Denerwowała mnie trochę długość jego występu. Z tego co pamiętam, Małpa będzie znów we Wrocku w kwietniu. Na pewno pojawię się na tym koncercie, więc liczę na jeszcze lepszą zabawę.
Elos
Zamach na przecięność. Czy aby na pewno?
26.12.2009 :: 21:19 :: Link
Ten Typ Mes od debiutu bardzo konsekwentnie budował swoją pozycję na scenie. Świetne płyty, doskonałe ficzuringi, twarde poglądy i brak artystycznych ustępstw – do czasu. „Zbrodnia nie popłaca, komercyjna szczególnie” – to jeden z wersów refrenu Mesa w utworze „Kilka lat później” Praktika z 2004 r.
Doskonale pamiętam jak Mes w jednym z wywiadów (którego fragment zamieszczam poniżej) w sposób jednoznaczny piętnował m.in. komedie romantyczne. Pod koniec kwietnia bieżącego roku do sklepów trafił drugi solowy album Typa o wymownym tytule „Zamach na przeciętność”.
W bonus tracku z Emilem Blefem znajduje się wers: „filmy, na które bilet zdeptałbym butem”. Nie mija jednak pół roku, a do Internetu zostaje wypuszczony klip z Łozem i Tomsonem z Afromental, Martiną oraz właśnie Mesem pod tytułem „Powinnaś być ze Mną”. Utwór utrzymany w klimacie r&b z niezbyt skomplikowanym refrenem, który ma za zadanie zwojować listy przebojów. Numer promuje komedię romantyczną o tytule „Fenomen”.
Jak wypadł Mes? Dał bardzo dobrą zwrotkę, tego odmówić mu nie sposób. Tutaj superlatywy się jednak kończą. Gdzie tu poglądy i cała idea zawarta na „zamachu na przeciętność”? Według mnie totalne zaprzeczenie wyznawanych przez Typa zasad. Afromental? Czy to nie jest zespół (albo raczej boysband) dla nastolatek?
Nie trafiają do mnie miałkie tłumaczenia Mesa zamieszczone na alkopoligamia.com: "Może dzięki takiej zwrotce będącej koniem trojańskim w stacjach, do których nikt nie chce wpuszczać myślącej muzyki coś uda się zmienić, podważyć, przemycić." To ma być Zamach na przeciętność? Myślałem, że Piotrkowi nie zależy na tym, żeby trafiać do ludzi, którzy uwielbiają komercyjną papkę. Ok., raper chce coś zmienić, ale w taki sposób?
„Na historię z filmem "Fenomen", do którego "doklejono" kawałek Mes nie miał już żadnego wpływu. Zaufany producent Piotr Turek zaręczył jedynie, że obraz ten "jest dobry".” Chyba nie do końca jest tak? Przecież mógł się nie zgodzić na jego publikację, po uzyskaniu informacji do czego utwór zostanie wykorzystany. Mimo to poszedł na artystyczne ustępstwo (w sensie, iż jest to komedia romantyczna, oceny poziomu filmu nie podejmuje się, gdyż nie wszedł on jeszcze do kin).
Jak dla mnie Piotrek mocno nadwyrężył swój wizerunek. Ciekawy jestem jego kolejnych dokonań.
Elos
Relacja z Coke Live Music Festival 2009
25.08.2009 :: 22:41 :: Link

W zeszłym tygodniu miałem nie lada dylemat – Hip Hop Kemp czy Coke Live Music Festiwal. Ostatecznie wybrałem CLMF. Jak się okazało, był to trafiony wybór. Śmiało mogę zaryzykować stwierdzenie, iż lepiej bawiłem się na Coke niż na Kempie w zeszłym roku. Ale zacznijmy od początku.
Z Bielska-Białej wyjechaliśmy o 10. W Krakowie, po 3 przystankach, pojawiliśmy się około godziny 13. Wizyta u Inki w mieszkaniu i kierunek Coke. Następnie 10 zł za parking i wbijamy na pole namiotowe. I tutaj spotyka mnie pierwsza miła i jednocześnie niemiła niespodzianka. Panowie z ochrony bardzo dokładnie przeszukali nasze rzeczy, zaczynając na plecaku, a kończąc na namiocie. Ma to swoje plusy i minusy. Z jednej strony, z powodu braku alkoholu ludzie nie byli agresywni na polu namiotowym, ale z drugiej wiadomo, że większość lubi się wyluzować przy piwku czy wódeczce, więc nie do końca rozumiem dlaczego nie wolno było wnosić takich trunków do namiotów.
Po znalezieniu miejsca na polu namiotowym czekała nas niespodzianka. Okazało się, że zapomniałem śledzi do namiotu. Całe szczęście, że zaraz po drugiej stronie ulicy było Obi. Udaliśmy się do tegoż sklepu i zakupiliśmy śruby przypominające śledzie. Po rozłożeniu namiotu na dobre rozpoczęliśmy aklimatyzację na festiwalu.
Około 19. pojawiliśmy się na występie The Streets. Dzień wcześniej miałem okazję zapoznać się z ich ostatnią płytą pt. „Everything Is Borrowed” i zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Podobnie było z jego występem. Trzeba przyznać, że Mike świetnie dobrał sobie hypemana. To właśnie czarnoskóry wokalista/raper praktycznie przez cały czas wykonywał utwory Streets. Mike rapował swoje kwestie, ale jednocześnie miał czas, by porozmawiać z publicznością i zachęcić ją do wspólnej zabawy. W efekcie były różne „gry i zabawy” w postaci: kucania, odwracanie się tyłem do sceny (aby usłyszeć muzykę, a nie ją widzieć). Skinner nauczył się również kilku słów po polsku jak: „dziękuje, kocham, wódka” itd. Dało to naprawdę bardzo pozytywny vibe. Zespół wykonywał głównie utwory ze starszych produkcji, ale nie zabrakło kawałków z nowej płyty. Zostały one jednak przearanżowane, więc o monotonni można zapomnieć! Występ The Streets zaliczam na duży plus!
Kolejny koncert na jakim się pojawiłem, był autorstwa Comy. Zespół, którego nie znam i który gra muzykę w której nie gustuję. Mimo to, zostałem na nim przez prawie 40 minut. Było naprawdę wybornie. Perkusja miała potworne pierdolniecie. Czułem ją całym ciałem. Rock w połączeniu ze świetnie współgrającym oświetleniem dał piorunujący efekt. Serio.
Ostatni występ jaki zaliczyliśmy w czwartek, był to performance jednego z headlinerów Coke – The Killers. Rock, ale zdecydowanie lżejszy od Comy. Twórczości tego zespołu również nie znałem, jedynie singiel otwierający całe wydarzenie. Ogólnie występ stał moim zdaniem na wysokim poziomie, ale nie zachwycał, choć np. Juzkowi się bardzo podobał.
Następny dzień rozpoczęliśmy od wczesnej pobudki. Słońce dawało nam się we znaki już o 8:30. Po wyjściu z namiotu ujrzałem ogromną kolejkę do prysznica. Jak to podsumował Juzek: „do koncertu O.S.T.R.a może zdążysz się umyć” – w tym miejscu przybijam wielką pjonę Ince (dzięki!!!) za dach nad głową i dostęp do prysznica.
Występ Adama był pierwszym punktem naszych koncertów w piątek. Zdania na temat jego koncertu są podzielone. Według mnie zagrał zdecydowanie lepiej niż na Hip Hop Kempie w 2008 roku. Przede wszystkim bardzo fajnym pomysłem było supportownie Ostrego przez Hrytę. Chłopak mógł zaprezentować swoją twórczość przed szeroką publicznością. A, że jest obiecującym raperem, chyba lepiej słuchało mi się go, niż jego doświadczonego kolegi. Adam zagrał swój koncert razem z ŁDZ Orkiestrą. Łodzianin rymował utwory tylko i wyłącznie z nowej płyty (za wyjątkiem „Reprezentuj” w której Hryta zarapował nową zwrotkę). co dla mnie było ogromnym plusem, bo był to już mój piąty koncert Ostrego i miałem dosyć słuchania jego największych „hitów”. Kawałki z „O.C.B.” nie brzmiały może rewelacyjnie na żywych instrumentach, ale przynajmniej dobrze. Taki też był występ Adama. Na duży plus należy zaliczyć poruszenie przez niego istotnej kwestii dotyczącą domów dziecka. Przesłanie było mniej więcej takie: „wolę żebyście oddali 30 zł na domy dziecka, niż kupili moją płytę albo grama”. Nie do końca rozumiem natomiast fanów Adama, którzy są (w pewnej części oczywiście) szarą masą. Kiedy Ostry zaczyna freestyleować z taką prędkością, że nic nie można zrozumieć, Ci zaczynają gwizdać i podziwiać, choć zupełnie nie mają pojęcia, co on nawija.
Kolejny koncert, to był moment, na który najbardziej czekałem podczas całego festiwalu, a mianowicie występ Lupego Fiasco. Chicagowski raper zaprezentował większość płyty „The Cool” m.in. „Go Gadget flow”, „Hi definition”, “The Coolest”, „Hip Hop Saved My Life”, „Paris, Tokyo” czy hitowe „Superstar”. Nie zabrakło również utworów ze starej płyty. W szczególności na uwagę zasługuje "Daydreamin" zagrane na bis. To jednak nie był koniec. Raper zaprezentował również swoje kwestie z „Everyone nose” (remix), czy niepublikowanego do tej pory remisu „Run this town” Jaya-Z. Trzeba przyznać, że Lupe włożył sporo energii w swój występ. Widać, iż na koncertach jest w swoim żywiole. Po pierwszych dwóch piosenkach myślałem, że jest na jakiś prochach. Jego występ miał ciekawą formułę. Zagrał praktycznie bez przerwy kilka utworów, a dopiero później zaczął prowadzić „dialog” z publicznością. Jego zespół składał się z DJ’a (będącego jednocześnie hypemanem, zastanawiam się tylko czemu grał z dwóch maców??) i perkusisty.
Po Lupe, około 23 pojawił się 50 Cent razem z resztą G-Unit w postaci Lloyda Banksa, Tonyego Yayo i DJa Whoo Kida. Przez pierwsze 45 minut na scenie nie działo się nic ciekawego. Panowie rzucali czapkami, koszulkami i nic ponadto. Mieli doskonały kontakt z publicznością, lecz ich muzyka nie porywała. Co ciekawe z ostatniej płyty G zagrali tylko „Rider 2”. Dopiero, kiedy zeszli ze sceny i publiczność wezwała ich na bis, ekipa Grilla Unit się rozkręciła. Ferrari F50 mówił na scenie, iż niektóre z jego kawałków są gówniane i „niby” poszukuje tego idealnego. Tym oto sposobem prezentował publiczności kilkanaście utworów, po jednej zwrotce. Prawie bardzo dobrym było „Outta Control remix”. Na najlepszy Cent wybrał „Patiently Waiting”, którym zakończył swój występ. Na plus należy zaliczyć iż grał prawie przez 1,5h. Z tego co mi się wydaje, wszyscy artyści byli zakontraktowani na 60 minut.
Około 00:30 udałem się na Coke Stage, gdzie występowało WFD. Zagrali oni średniawy koncert. Nie dość, że panowie wykonywali dokładnie te same utwory, co w czerwcu w Katowicach, to jeszcze grali to ze znacznie mniejszą werwą. Ogólnie postałem tam chwilę i zwinąłem się gdzieś na stragany festiwalowe. Około 1:30 wylądowaliśmy na after party u Inki.
Sobota zapowiadała się najbardziej intensywnie. Planowaliśmy się pojawić na 6 koncertach. Ostatecznie byliśmy na 5. Do Vavamuffin już nie dotrwaliśmy, głównie z powodu deszczu i zmęczenia. Około 17:30 stawiliśmy się na koncercie Abra Daba. Posłuchałem go z 30 minut. Dawał radę na scenie, in plus, że grał z live bandem, ale nie chcę oceniać jego występu, gdyż za krótko w nim uczestniczyłem. Zamieniłem natomiast parę zdań z CNE i dowiedziałem się, że jego solówka wyjdzie pod koniec tego roku, bądź na początku przyszłego. Na 100% w tym roku pojawi się natomiast „Almanach”.
O 18:00 stawiłem się na koncercie Ten Typ Mesa. W namiocie Coke Stage zebrała się całkiem spora fanów, którzy mieli ochotę usłyszeć Piotrka na żywo. Dał dobry występ. Dużo energii na scenie w połączeniu z zaskakująco dobrym kontaktem z publicznością wystarczyły by wkupić się w łaski fanów. Niestety jedynym urozmaiceniem w stosunku do jego czerwcowego występu było intro (w którym rymował zwrotki ze swojej dymówki). Wielka szkoda, iż znów z nowej płyty mogliśmy usłyszeć tylko „Jak to?” i „My”. Zabrakło również bisu.
O 20:00 odbył się koncert Lady Mariki. Według mnie najbardziej dała radę ze wszystkich polskich artystów. Live band + chórki i spoko Mariolka dały porażający efekt. Wokalistka bardzo czysto śpiewała swoje partie wokalne. Miała również doskonały kontakt z publicznością. Jej występ wprost porywał do zabawy (choć ja w tamtym momencie nie czułem się zbyt na siłach). Utwory z płyty „Plenty” zostały trochę przearanżowane, co dało przyjemny efekt. Nie podobało mi się tylko wykonanie największego hitu „Moje serce".
W połowie występu Lady Mariki nad Krakowem zaciągnęły się naprawdę ciężkie chmury i zaczęło padać. Z tego powodu zaraz po zakończeniu koncertu pobiegłem do samochodu po kurtkę przeciwdeszczową i stawiłem się (już po raz 2) na koncercie Shaggy’iego. Mam wrażenie, że jego koncert był bardzo podobny do tego z Wrocławia, ale mimo to świetnie się na nim bawiłem. Może facet nie nagrywa już hitów pokroju „Angel”, ale nadal jest wielkim showmanem. No i ma w dodatku śliczną chórzystkę :).
O 23:05 na scenie pojawił się Nasir Jones. Lało wtedy już na dobre. Paradoksalnie na największej gwieździe festiwalu bawiło się mniej osób niż np. na Killersach. Wszystko z powodu pogody. Do samego występu Escobara nie można mieć zastrzeżeń. Wystąpił ze live bandem, który nadał jego kawałkom jazzowo-rockowego zacięcia. Składał się z 6 osób i Nasa. Trzeba przyznać, że raper, pomimo, iż niedługo dobije do 40, jest w stanie zagrać długi koncert bez żadnej pomocy. Jego formuła koncertowa była bardzo podobna do Lupego. Przez 20 minut grał praktycznie bez wytchnienia. Następnie zaczął nawiązywać interakcję z publiką. Miał bardzo ciekawy patent na utwory. Zagrał przekrój swojej twórczości. Wszystko dzięki formule 1 zwrotka + refren i następny kawałek. Z tego powodu dane było usłyszeć m.in. „Hip Hop is dead” (rozpoczynające koncert”), „Sly Fox”, „Hero”, ale również „Represent”, czy „NY State of Mind”, „I can”, a także kawałek na którym Nas udzielił się gościnnie „My president is black”. Wykonanie na sam koniec „One Mic” powaliło mnie na kolana. Na początku tylko spokojne bębny, a potem rockowe zacięcie. Podczas koncertu Nasa czułem się jakbym znów miał 5 lat i mama kupiła mi najlepszą zabawkę w całym sklepie. Mistrzostwo świata!!! Pomimo posiadanej kurtki przeciwdeszczowej, byłem mokry do suchej nitki. I tak było warto!
Festiwal zaliczam na duży plus. Bardzo sympatyczna atmosfera, dobre nagłośnienie, profesjonalna ochrona (dbająca o bezpieczeństwo festiwalowiczów) i przede wszystkim doskonały line up przekonały mnie do Coke Live Music Live Festival. Jeśli lista wykonawców w przyszłym roku będzie podobna do tego rocznej, na 100% jestem na Coke.
Wielka PJONA dla ludzi z którymi byłem na festiwalu i poza nim : Juzek, Maciek i Inka, dzięki której mieliśmy dach nad głową i nieograniczony dostęp do prysznica.
Dwa wnioski na koniec. Ludzie powyżej 40 nie powinni palić marihuany. Jeden facet obok mnie zjarał się dwoma buhami. Na innym koncercie jakiś stary facet podbijał do mnie po zioło, którego nie miałem (bo nie palę). Tłumacze mu, a on do mnie „to skąd ono płynie?”. I bawił się dalej na tym straszliwym deszczu, będąc bez koszulki i wykonując dziwne pozy koncertowe.
Zastanawiam się też, co kierowało ludźmi stojącymi w kałuży na Nasie, aby polewać innych wodą, choć padał deszcz?? Ogarnijcie się!!
Elos
Nowa płyta od Brothera Ali!
19.08.2009 :: 15:08 :: Link
Brother Ali to raper, którym zajarałem się dopiero po zeszłorocznym Hip Hop Kempie. Jego wspólny występ z Atmosphere dosłownie mnie zahipnotyzował. Jego ogromna energia na scenie w połączeniu z doskonałym kontaktem z publiką, a dodatkowo niebywałe umiejętności wokalne dały wybuchową mieszankę.
Najsłynniejszy rapujący albinos to ścisła czołówka undergroundowej sceny. 2009 rok jest dla niego naprawdę pracowity. 10 Marca ukazała się doskonała EPka "The Truth Is Here". Składa się ona częściowo z nowych kawałków, a częściowo z odrzutów z "The Undisputed Truth" i szczerze mówiąc prezentuje według mnie wyższy poziom niż pełna płyta - "TUT". Track "TALKIN’ MY SHIT" to jeden z najlepszych tegorocznych bangerów. To jednak nie koniec płyt od Brothera w tym roku.
Już 22 września na rynku pojawi się kolejna, długogrająca płyta od Brothera Ali. Nosi ona tytuł "US". Produkcja krążka została powierzona w całości Antowi z Atmosphere (zresztą podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich krążków). Podkłady powinny zatem stać na wysokim poziomie. Na płycie gościnnie udzielą się m.in. Chuck D & Stokley Williams, Freeway & Joell Ortiz.
Dwa dni temu pojawił się oficjalny, pierwszy singiel promujący "US", pod tytułem "Fresh Air". Tytuł utworu doskonale oddaje jego charakter. Bujający, z pozytywnym vibem kawałek. Polecam!
A poniżej okładka i tracklista "US":

1. Brothers & Sisters (feat. Chuck D & Stokley Williams)
2. The Preacher
3. Crown Jewel
4. House Keys
5. Fresh Air
6. Tight Rope
7. Breakin' Dawn
8. The Travelers
9. Babygirl
10. Round Here
11. Bad Mufucker Pt. II
12. Best@It (feat. Freeway & Joell Ortiz)
13. Games
14. Slippin' Away
15. You Say (Puppy Love)
16. Us (feat. Stokley Williams)
Elos
Czillen am Grillen!
13.08.2009 :: 15:29 :: Link
Jakiś czas temu, podczas relacji z premierowego koncertu WFD wyrażałem pewne wątpliwości, co do jakości albumu Smagalaz (po utworze, który panowie zaprezentowali). Teraz moje myślenie zmieniło się o 180 stopni. Wszystko za sprawą pierwszego street singla "Czillen am Grillen" z albumu o takim samym tytule.
Według mnie pierwsze skrzypce w całym utworze gra DJ Pete. Wszystko za sprawą wyluzowanego beatu, z prostym, ale bardzo charakterystycznym motywem i do tego bujającymi bębnami. Jest to pełnokrwisty banger, a nie jakieś brzęczące cyckacze ze Stanów. Dodatkowo Pete zajął się skreczami będącymi jednocześnie refrenem kawałka. Trzeba przyznać, że mają pazur.
Na mikrofonie usłyszymy Abla i WFD. Najbardziej podoba mi się nawijka Abla. Totalny chill, bezczelne wersy. To jest to, czego oczekuję od wakacyjnego bangeru. Numer? Wiadomo, zawsze spoko. Michał z reguły lepiej odnajduje się w chilloutowych klimatach. Tak jest i tym razem. Jacek? Całkiem dobrze. Rapuje bardziej słuchalnym głosem niż na "Powrócifszy", co działa na plus. Przy braku denerwujących adlibs jest dobrze. Szkoda, że tylko dobrze. Jego zwrotka należy do trochę nijakich. Zupełnie nic nie zapada mi z niej w pamięć.
Zastanawiam się tylko, kto aktualnie jest w składzie Smagalaz? Dawno nie słyszałem nic od Kedyfa i Rzywego (w ramach Smagalaz). Jeśli wierzyć informacji z kwietnia 2009 r. ze strony WJ, aktualny skład Smagalaz to: Abel, DJ Pete i Mops.
Na tą chwilę, uważam, że mamy banger wakacji!! Jak ja lubię "Czillen am Grillen"!!!
Elos
Okładki płyt Numer Raza i Onara.
08.08.2009 :: 19:50 :: Link
Okładki płyt spełniają określone zadanie. Przede wszystkim mają zachęcać do zakupu danej płyty (zwłaszcza ludzi, którzy na co dzień nie interesują się muzyką). Podobno książek nie ocenia się po okładce (co można analogicznie odnieść do płyt), ale jak jest, wiadomo. Ponadto covery zazwyczaj w jakimś stopniu mają za zadanie oddać zawartość krążka poprzez obraz. Różnie z tym bywa, zwłaszcza, gdy tytuł krążka nie ma nic wspólnego z zawartością cd.
A dlaczego tworzone są słabe okładki? Tego nie wiem. Mogę się tylko domyślać, że artyści przyjęli subiektywne kryterium "piękna". Muzycy to jednak skomplikowane istoty, dlatego często zdarza się, że to co im się podoba, nie do końca odpowiada pozostałej części społeczeństwa.
Przechodząc do sedna prezentuję wam dwie nietrafione (lecz na inne sposoby) okładki:
"Ludzie, słowa, maszyny". Taki tytuł nosi druga solowa płyta Numer Raza. Sam projekt jest zapowiadany od końca 2006 roku i na półkach sklepowych pojawi się w sierpniu 2009 r. Okładka tej płyty nie podoba mi się. Tak bardzo nachwaliłem się cover WFD, a ten jest jego przeciwieństwem. Prostota jest czasami w cenie. Czasami! Tym razem coś nie wyszło. Niespecjalne zdjęcie, połączone z brzydką czcionką i szarą stylistyką nie trafiają do mnie. Cover słabo nawiązuje do ww. tytułu. Czerwone oko ma chyba symbolizować cyborga?

Druga okładka, to cover albumu "Jeden na milion" Onara. W tym przypadku twórca chyba za długo siedział nad grafiką i ją dopieszczał. Onar zafudnował swoim odbiorcom strasznie cukierkową okładkę, prawie tak słodką jak "Weź to poczuj". Nie jest może ona brzydka, ale zalatuje tandetą. Bardzo przypomina mi składanki typu popcorn, z muzyką pop i dance. Może w tym przypadku zostanie jednak coś zmienione. Pamiętam, że "Pod prąd" (czyli poprzednia solówka) na początku miała okropną okładkę, po czym, po ogromnej fali krytyki Onar zmienił ją i ostatecznie "Pod prąd" dumnie stoi na mojej półeczce.

A wam jak się podobają zaprezentowane covery?
Elos
Dwie skrajności singlowe.
29.07.2009 :: 15:35 :: Link
Po co w ogóle artyści wydają single? Po to, aby jak najlepiej sprzedała się ich płyta, ewentualnie żeby przypromować swoją skromną osobę. Często zdarza się jednak, że na single zostają wybrane najgorsze utwory z całej produkcji. Głównym powodem są decyzje wytwórni, bądź samego artysty. Kontynuując chciałem wam pokazać dwie zupełne skrajności singlowe.
Pierwszy, mistrzowski kawałek "Everyday, Everything, Everywhere", zachwalany już przeze mnie wielokrotnie, oficjalnie został singlem, nagrano do niego teledysk (już wcześniej jego część była zilustrowana w klipie do "My Time"). Utwór to wszystko co najlepsze w amerykańskim mejstrimie. Porywający bit (oszczędny, ale ze świetną sekcją rytmiczną i bardzo charakterystyczną melodią), dobry raper i całkiem przyjemna wokalistka. Słucha się tego dobrze, zwłaszcza w upalne dni. Uważam, że kawałek będzie królował przez długi czas na parkietach. Teledysk do utworu niestety nie powala. Wiadomo, klubowa konwencja, ale scenografia wybitnie nietrafiona. Podobają mi się ujęcia kamery. Gościnie w klipie pojawia się m.in. Officer Ricky.
Drugi singiel, totalne przeciwieństwo Fabolousa. Ok, rozumiem, że Pjus nie chce trafić do wszystkich (w przeciwieństwie do Faba), dlatego może pozwolić sobie na trudny singiel, ale coś takiego? To nie brzmi jak rap! Karol napisał bardzo dobry tekst, ale forma przekazu zupełnie do mnie nie trafia - wiersz. Głos jakby przepuszczony przez vocoder, praktycznie brak rymów. Ale to jeszcze nic w porównaniu do bitu. Takiej tragedii dawno nie słyszałem. Ostatnio obserwuję wysyp produkcji od Zjawina. Coraz mniej odpowiada mi jego styl. Karol!! Nie wrzucaj tego kawałka na swoją płytę. Póki co, nie czekam na solówkę Pjusa. Według mnie taka promocja krążka (nawet pomimo tego, że jest to street singiel) to raczej anty promocja. Należy jednak nie zapominać, iż kawałek powstał ku szczytnej idei i za to na pewno należy docenić Pjusa!
Posłuchajcie i zobaczcie sami:
Elos

